W oczekiwaniu na burzę

Czasami myślę o początku. On - w odróżnieniu od czegokolwiek co po nim następuje - wydaje się do bólu przejrzysty.

Dawno temu słuchałem wywiadu z Anthonym Hopkinsem, w którym opowiadał o swojej karierze, życiu, technikach aktorskich. Zostało mi w pamięci jedno zdanie: przychodzimy na ten świat z ciemności, krzycząc. Czy to nie jest niesamowite?

Gdyby nie było początku, to nie byłoby końca. Czas ze swoją jednokierunkowością jest niepowstrzymany w tym bezlitosnym, pewnym siebie marszu ku przyszłości.

Moje relacje z czasem są bynajmniej skomplikowane. Nie lubimy siebie (a przynajmniej tak mi się wydaje, nie wiem czy uczucie jest odwzajemnione), bo ja lubię zawsze znać jakiś objazd, a on nie. Przynajmniej nigdy o tym nie wspominał. Z drugiej strony, szanujemy się, bo w końcu - idziemy w tą samą stronę.

Z czasem nie da się dyskutować, on po prostu idzie jak głupi do przodu. Dobrze, że jeszcze nie wszedł w żaden słup. Albo drzewo. Z doświadczenia wiem, że to nie jest wyjątkowo trudne.

Gdyby wypisać sobie kilka fundamentalnych "zasad rzeczywistości" - elementów naszego istnienia, których nie możemy zmienić - czas zdecydowanie znajdowałby się w Top 5. Trochę głupio, że są zasady, których nie możemy zmienić. Bo fajnie ustalać zasady. Zabawa w Boga - nie ważne jak bardzo okropnie to brzmi - jest zabawą, którą nasze receptory szczęścia przyjmują z wielkim entuzjazmem.

Gra bez zasad jest niezwykle nudna. Z perspektywy gry, oczywiście. Z naszej perspektywy, to można ją odnudzić, bo nas w końcu obowiązują zasady rzeczywistości. Jednak pozbycie się zasad kompletnie, nawet na tym najwyższym meta-poziomie, byłoby katastrofalne. Bo nic by nie było. Koniec i bomba.

Ktokolwiek wymyślił zasady był bardzo mądry.

Zrywa się wiatr

Moja wiśnia jest nieugięta. Dosłownie. Niby takie małe drzewko, tak jeszcze młode, a nawet podczas najmocniejszych wiatrów nie upuści nawet jednego listka. Wygina się straszliwie, na wszystkie strony, wygląda jakby zaraz miała się złamać. Nigdy się nie poddała. Dzielna wiśnia.

Powiedzieli mi, że jak posadzę takie drzewo na ekspozycji, to nie będzie kwitnąć, bo wiśnie japońskie nie lubią wiatru. W zeszłym roku przepowiednia się sprawdziła. W tym - ku mojemu zdziwieniu - zakwitła niezwykle bogato. A przed nią, od zachodu, skąd najczęściej wieje, jest pole długości kilometra. Nic i nikt jej nie chroni, a ona dalej jest piękna.

Siedząc przy biurku, wpatruję się w nią całe dnie. Podziwiam jej piękno, jej nieugiętość. Niby znajduje się w tym samym miejscu cały czas, odkąd ją posadziłem. Ale tak naprawdę, to przebyła podróż, o której można by pomarzyć. Czas wziął ją na barana i pobiegli gdzieś tam, daleko.

A ja dalej podziwiam. Nie wiem, czy mam coś lepszego do roboty.

Musimy próbować żyć

Aż głupio mi się przyznać. Zdarza mi się - w ciągu dnia, podczas gdy moi rówieśnicy ciężko pracują na lekcjach w Zakładzie Szkolnictwa - puścić sobie koncert. I tak siedzę sobie na fotelu, jestem w innym miejscu, innym świecie. Mija godzina, dwie. Muzyka mnie pochłania. Zapominam o wszystkim, o wszystkich.

Ciągle gonią mnie oczekiwania. To jest taki gang rabusiów, którzy okradają ludzi z życia. Jest ich całkiem sporo, bo w końcu oczekiwań w dzisiejszych czasach nie brakuje. Starsi twierdzą, że "teraz jest ich mniej" - może to być prawda, nie zaprzeczę. Nie zmienia to faktu, że wciąż są rabusiami.

Ktoś by powiedział, że "skoro są zasady, to muszą być oczekiwania". Zależy, o których zasadach mówimy. Jeśli o tych "fundamentalnych", wspomnianych wiele paragrafów wyżej, to zaprzeczyć temu zdaniu jest łatwo. Bo przecież tamte zasady wymyślił ktoś inny, a oczekiwania to sobie sami wymyśliliśmy. Taki kaganiec, żebyśmy się nie pogryźli.

Bo przecież jesteśmy bandą zwierząt?

Niby tacy dzicy, a dzięki gangowi oczekiwań stajemy się niezwykle przewidywalni. A najbardziej przewidywalni są ci, co aktywnie próbują być nieprzewidywalni.

"Nastoletnia ucieczka przed trudnością dzisiejszych czasów", czytam w gazecie.

Phi, przecież nie da się uciec. Ile razy mam powtórzyć, że czas się czegoś nawciągał i idzie jak jełop do przodu bez przerwy. Próbowałem mu podłożyć nogę. Złamałem.

Wiatr wieje z jednego kierunku na raz

Sorka, ale nikt, absolutnie nikt, nie przekona mnie, że analiza jest lepsza od syntezy. Żaden naukowiec, żaden "myśliciel wolny od więzów kultury i religii". Bo synteza to życie, a analiza to pierdolenie o Szopenie.

Analizować to sobie można sekwencję genetyczną Covida, a nie życie. Życia nie da się pociąć. Ono jest niepodzielne, pełne, jednolite. Bozony Higgsa? Pozwólcie, że oleję temat.

Naprawdę coraz częściej wydaje mi się, że mam jakieś ADHD. A raczej takie wybiórcze ADHD. Nie wiem, może zespół Aspergera. Są rzeczy, które mnie zjadają. Dosłownie. Jakby ktoś wtedy wszedł do pokoju, to by się zdziwił, dlaczego mnie nie ma, gdzie jestem. Jest też tak dużo rzeczy, podczas których rozpraszam się jak rasowa influencerka z Instagrama. Może kiedyś upadłem na głowę, na jedną jej stronę. I coś tam się pokićkało.

Wiatr, najwdzięczniejsza siła tego świata, zawsze wie skąd wiać. Nie wiesz dokąd iść? Rozstaw żagiel, wiatr zajmie się resztą. Skubaniec.

Zaczyna padać deszcz. Idę się umyć.